W pewnym miasteczku, bardzo daleko
stąd, aż na końcu świata, żył sobie pewien chłopiec. Nie był bogaty ani biedny,
gruby ani chudy, wysoki ani niski, mógłby być każdym z was. Chłopiec odznaczał
się jednak czymś szczególnym i wyjątkowym: miał bardzo dobre serce.
Mieszkał razem ze swoim tatą w domku nad
morzem. Wyblakły czerwony dach był dobrze widoczny nawet na końcu ulicy.
Chłopiec, jak wszystkie dzieci na
świecie, interesował się wieloma rzeczami, a najbardziej tymi, które pasjonowały
jego tatę. Jedną z nich było hodowanie świerszczy. Niektórzy uwielbiają psy
inni koty lub rybki, a tata chłopca kochał świerszcze.
To moja mała zabawa-
mówił tata i pochylał się z troską nad malutkim domkiem, w kształcie serca, gdzie
żółte, zielone lub brązowe świerszcze wyśpiewywały swoje trele. Ów domek
wydrążono w dyni. Jak go zrobiono? Kiedy kwiat dyni zaczął rozwijać się z pąka,
wsadzono go do glinianej doniczki w formie serca. Dynia sobie rosła, przyjmując
odpowiedni kształt i wreszcie stała się sercowym domkiem, w którym owady grzały
się na buteleczce z gorącą wodą. Codziennie tata i chłopiec karmili swoich
pupili sałatą i marchewką. Codziennie dom rozbrzmiewał smutną, wesołą lub
rzewną melodią, tak, że łzy same napływały do oczu.
Chłopiec w takich chwilach marzył o
przygodach, o jakich nikt nie słyszał. Chciał być piratem lub strażakiem. A
czasami po prostu chłopcem, który może skakać po kałużach albo bawić się ze
swoim tatą. Kiedy jednak prosił tatę, aby ten pobawił się z nim, zawsze
słyszał: Nie teraz, synku, widzisz, że opiekuję się świerszczami. Potem,
później, nie teraz. Wreszcie przestał pytać, a zaczął właśnie marzyć.
Pewnego upalnego dnia, kiedy
świerszcze zostały przeniesione do bambusowych, przewiewnych klatek, tata
wrócił do domu bardzo ożywiony. Niósł coś pod pachą i pogwizdywał skoczną
melodyjkę pod nosem. Podszedł do kuchennego białego stołu i postawił na nim
przedmiot owinięty czerwoną chustą. Materiał pokryty był ziarenkami piasku.
Chłopiec popatrzył na tatę, a później pociągnął za skrawek tkaniny. Ich oczom
ukazała się miniaturowa klatka wewnątrz której coś lśniło złotym blaskiem.
Tajemniczy kawałek słońca poruszył się i chłopiec zrozumiał: był to złoty
świerszcz. Większy od tych, które znał i hodował razem z tatą, ale bardzo do
nich podobny. Oczywiście oprócz koloru skóry, która lśniła złotem.
- Zostanie z nami.– powiedział tata.
Był bardzo dumny ze swojego nowego nabytku.
- Kupiłeś go?- spytał chłopiec, który
zdumiony dotykał klatki, jakby nie była rzeczywista.
- Właściwie to znalazłem na plaży.
Spacerowałem, kiedy zobaczyłem, że coś błyszczy. Nie rozumiem, kto mógł
porzucić taki piękny okaz. – tata pokręcił głową i już ustawiał klatkę na
oknie, przygotowywał zimną wodę i sałatę dla pupila.
- Ktoś na pewno się o niego upomni.-
powiedział syn.
- To go zwrócimy, ale teraz zamieszka
z nami. To jest prawdziwy skarb! – odpowiedział tata.
Mijały dni, ale nikt nie przychodził
odebrać świerszcza, nikt nawet o niego nie pytał w miasteczku. Tata całymi
dniami przyglądał się owadowi, podziwiał jego ruchy i wygląd, przypatrywał się
jego zwyczajom. Jednak mimo dobrej opieki świerszcz nie śpiewał. Nie wydał z
siebie żadnego dźwięku od czasu, gdy pojawił się w domu. Dlaczego nie śpiewa?
-dziwił się tata- Czego mu brakuje? -myślał, i podsuwał złotemu owadowi
najsmaczniejsze kąski.
Wreszcie postanowił zapytać
najstarszego mieszkańca miasta, który handlował owadami od bardzo, bardzo dawna
i wiedział o świerszczach wszystko.
- Opiekuj się nim dobrze! – powiedział tata do chłopca i wybiegł z domu.
- Opiekuj się nim dobrze! – powiedział tata do chłopca i wybiegł z domu.
Chłopiec usiadł na stołeczku przy
oknie, na którym stała klatka. Zamknął oczy i zaczął marzyć. Niespodziewanie
usłyszał szept tak delikatny, że omal rozpływał się w powietrzu:
- Wypuść mnie…
Otworzył oczy, ale nie zobaczył
nikogo. I wtedy świerszcz zaśpiewał. Melodia była słodka, piękna i smutna. A
kiedy skończył powiedział wyraźnie do chłopca: Wypuść mnie, jestem królewskim
synem. muszę wrócić do moich rodziców.
- Ty potrafisz mówić! – zawołał
chłopiec
- Tak, ale tylko ludzie o czystym i
dobrym sercu mogą usłyszeć mój głos.
- Mój tata się ucieszy. Bardzo się
martwił o ciebie. – odpowiedział na to chłopiec.
- Nie, nie mogę tu zostać, nie
rozumiesz, moi rodzice mnie szukają i bracia, i siostry. Kochamy się tak
bardzo, że jeśli jeden z nas zostanie zamknięty, to inni członkowie rodziny
umierają.Spelnię wszystkie twoje marzenia! Muszę wracać…
- Jak się znalazłeś na plaży? –
zapytał chłopiec
- Schwytał mnie pewien handlarz, ale
wystraszył się roju świerszczy, które za nami leciały. To byli strażnicy mojego
ojca, Króla Świerszczy. Porzucił mnie nad brzegiem morza.
Chłopiec popatrzył uważnie na owada i
zrozumiał, że musi postąpić wbrew woli swojego taty.
- Wypuszczę cię, ale pod jednym
warunkiem, zamień mnie w złotego świerszcza, wtedy mój tata będzie zadowolony,
a ty wolny. Otworzył klatkę, świerszcz wyskoczył z niej, odwrócił się do
chłopca i powiedział:
- Poświęcisz swoje człowiecze życie?
- Tak, on bardziej kocha świerszcze
niż mnie. – wyszeptał ze smutkiem chłopiec.
I w tym momencie przemienił się w
złotego świerszcza, wszedł do klatki i czekał na tatę.
Kiedy noc zapadła nad miastem do
domu wrócił tata. Spojrzał na klatkę i uśmiechnął się do siebie.
Ciekawe gdzie
jest mój synek? Zdziwił się i zaczął go wołać. Niestety, nie wiedział, że
chłopiec siedzi tuż obok niego zamieniony w złocistego owada. Tata przeszukał
cały dom i podwórko, nawet całą ulicę, zapytał każdego sąsiada i przechodnia,
ale nikt nie widział jego synka. Zrozpaczony ojciec wrócił do domku i siadł
przy oknie.
- Gdzie jesteś synku? Co się z tobą
stało. Nigdy nie powiedziałem, jak bardzo cię kocham i zależy mi na tobie.
Jesteś dla mnie najważniejszy. W tym
momencie złoty świerszcz zaczął śpiewać tak pięknie, że łzy popłynęły z oczu
taty i zmoczyły główkę owada, a tenże na
powrót zamienił się w chłopca.
- Przepraszam, że nie dostrzegałem prawdziwego
skarbu – ciebie. – powiedział ojciec do syna. I odtąd żyli długo i szczęśliwie... a co się stało ze złotym świerszczem? O tym opowiem w innej bajce :)