Nazywam się Bąbelek, jestem pluszowym pieskiem. Mam brązowe futerko,
długie miękkie uszy i plastikowy nosek. Stoję na półce z książkami. A tak
naprawdę, to całymi dniami wyleguję się obok Ferdynanda Wspaniałego i Pana
Maluśkiewicza obserwując, co wyprawiają
mieszkańcy błękitnego pokoju.
Błękitny pokój ma oczywiście niebieskie ściany.
Na jednej z nich wymalowano ogromnego pingwina w czerwonej
czapeczce urodzinowej. Trochę jest dziwny, ten zadowolony pingwin… Pewnie
przypłynął z lodowej krainy, o której opowiadają sobie szeptem domownicy
wieczorami. Razem ze mną mieszka tutaj rodzeństwo: Hania, moja właścicielka i
Julek, jej młodszy brat, którego nazywam Wiercipiętkiem. Dlaczego? Posłuchajcie
Przygoda pierwsza: Wiercipiętek łowi ryby na niby
Rano Wiercipiętek był nieco zaspany. Rozczochrane włosy, przymknięte
powieki oraz parę narysowanych piegów, które pamiętały wczorajsze zabawy. Wstał
z łóżka i zdziwiony rozglądał się po całym pokoju. Czegoś szukał, ale raczej
nie znalazł, bo podrapał się po nosku i poszedł do łazienki. Siedział w niej
chwilkę, a potem wrócił, a raczej wpadł do pokoju i zaczął myszkować po
wszystkich zakamarkach. Hałasował za dwóch, więc Hania otworzyła jedno oko i
mruknęła:
- Julek, wstajemy do przedszkola?
- Tak… ale właśnie czegoś szukam… – odparł Wiercipiętek i zanurkował
pod komodę.Za sekundę rozległ się trzask. Wiercipiętek krzyknął: Auć, moja
głowa i w płacz. Zbiegli się wszyscy.
Mama pomagała wyjść głowie spod komody, a tata ciągnął za nogi. Hania, która
nie za bardzo wiedziała, za co może ciągnąć, chwyciła tatę w pasie. Tak na
wszelki wypadek, gdyby tatuś dzisiejszego ranka nie miał wystarczającej siły, żeby
wyciągnąć Wiercipiętka. A ten ostatni darł się tak, ze pingwin na ścianie zatkał
sobie uszy.
Kiedy całe zamieszanie się wyjaśniło i Wiercipiętek siedział
w całości na dywanie, z dumą zaprezentował wszystkim to, czego szukał: plastikową wędkę.
Znacie zabawę w łowienie rybek? Plastikowe rybki wychylają pyszczki, a ty
musisz złapać wybraną. Wędka była mała, pomarańczowa, na końcu sznureczka
wisiał malutki haczyk.
- Teraz chyba nie zamierzasz grać w rybki? -zapytała mama. -
Idziemy do przedszkola. Wiercipiętek uśmiechnął się , a ja zobaczyłem w jego
oczach figlarne chochliki. Wiedziałem, że ma plan.
- Teraz nie, potem.- odpowiedział Wiercipiętek, wstał i założył
swój ulubiony kapelusz. Tak,wszyscy byli gotowi do wyjścia.
Potem, znaczyło: po południu. Rodzice wrócili z
pracy, a dzieci z przedszkola. Hania postanowiła narysować najpiękniejszy
rysunek w swoim życiu. Codziennie rysowała jeden i miała tych najpiękniejszych
pokaźny stosik w swoim prywatnym kąciku. Wiercipiętek znowu czegoś gorączkowo szukał.
Wiercił się we wszystkie strony, aż zrolował się dywanik i Wiercipiętek wturlał
się pod stolik. Tym razem jednak wszystko dobrze się skończyło: zero guzów,
zero siniaków, jeden dobry pomysł, schowany w główce.
- Haniooo, gdzie są rybki? – Hania podskoczyła, bo Wiercipiętek
niespodziewanie stanął nad nią z wędką.
- Nie wiem, ty ostatnio się nimi bawiłeś. Nie mam czasu
szukać, rysuję. – odpowiedziała Hania wysuwając z powrotem język i marszcząc
brwi. Właśnie kończyła chmurkę, która wesolutko przepływała nad ogrodem róż i
tulipanów.
- Nie wiesz… - mruknął Wiercipiętek i cichutko wymknął się z
pokoju. Na czworakach przemierzył przedpokój i wślizgnął się do łazienki. Cichutko,
cichuteńko na paluszkach. Odkręcił kurek z gorącą wodą, pomyślał przez chwilkę
i wdrapał się na pralkę. Z pralki łatwo dostać płyn do kąpieli. Hops i lecą w
dół wesołe banieczki. Parę kropel, tyle nalewa mamusia, ale co to za zabawa, chlup
i cała zawartość butelki już w wannie. Rybki będą miały uciechę – pomyślał
Wiercipiętek i wyciągnął z kieszonki wędkę…
Co się wydarzy? Przeczytacie w
następnym odcinku!Tutaj
