14 marca 2013

O szklaneczce co się bała noża



Całkiem niedawno, nie za górami i za lasami, tylko tuż za rogiem w białym domku mieszkała sobie pewna szklaneczka. Oczywiście nie mieszkała sama, tylko ze swoimi 11 siostrami, całym kompletem obiadowym, garnkami, sztućcami, a przede wszystkim z sympatyczną rodzinką: mamą, tatą i dwójką chłopców. Jednak dzisiejsza opowieść nie będzie o owej sympatycznej rodzince (o nich przeczytasz w innej bajce np. w "Skrzydłach mamy"),lecz o wspomnianej szklaneczce.


Szklaneczka była pękata, niezbyt wysoka, zrobiona z przezroczystego szkła. Na całej powierzchni wytłoczono jej ślimaczki ,czyli takie zawijasy, a nie prawdziwe ślimaki.


Nasza bohaterka bardzo lubiła ranki, kiedy razem ze swoimi siostrami stała w równiutkim rządku za szybką kuchennej gablotki. Patrzyła, jak kubeczki pełne parującej kawy czy kakao trącają się uszkami. Słyszała nawet ich chichot, ale nie była pewna, bo przecież od stołu oddzielała ją bezpieczna szyba.Podczas śniadania na stole pojawiały się też kolorowe talerzyki, na których zależnie od dnia tygodnia, pyszniły się słodkie rogaliki lub brązowe tosty z miodem. Czasami na środku rozpychał się talerz z dymiącą jajecznicą lub plastrami żółtego sera. Wśród tego bałaganu uwijały się widelce i łyżeczki. Ich srebrzyste ogonki śmigały sprawnie między talerzami lub znikały w rękach domowników.


Szklaneczka odrobinkę żałowała, że musi stać razem ze swoimi siostrami, a nie może przyłączyć się do tej wesołej zabawy. Czuła się świetnie  na swojej półeczce,  bo siostry opowiadały ciekawe rzeczy, które przydarzyły się im minionego dnia, plotkowały o nowym sitku i podziwiały elegancki haft rękawic kuchennych. Tak, zdecydowanie było tutaj miło, ale szklaneczka marzyła, żeby choć  raz znaleźć się rano na stole, a nie tylko pojawiać się od czasu do czasu na uroczystych obiadach lub podwieczorkach.


Marzyła o tym. Była tylko jedna rzecz, która wprawiała ją w drżenie. Mianowicie w pewnym momencie śniadania pojawiał się on. Wielki, błyszczący, z ogromnymi zębiskami, które złowrogo lśniły. Nóż wydawał się szklaneczce bardzo niebezpieczny, odbierał jej chęć bycia pośród innych naczyń.


Wolę zostać tutaj – myślała -  czuję się bezpiecznie, nic mi się nie stanie, a jak znalazłabym się na stole, to nie wiem, co mogłoby się wydarzyć. I ten okropny nóż, na pewno chciałby mnie potrącić, a wtedy sturlałabym się na ziemię i rozbiła. A bycie rozbitą szklanką nie jest podobno przyjemne. Dobrze, że nie muszę tam iść. W sumie to bardzo się cieszę. Zdecydowanie jestem zadowolona. Tak sobie mówiła do siebie szklaneczka i było jej raźniej.


Myślicie, że to koniec tej historii? Właściwie tak, gdyby nie to, że pewnego dnia jeden z kubeczków gdzieś się zapodział. Może poturlał się pod szafkę, a może wpadł do buta, a może zaplatał się w szafce z ubraniami. Dość na tym, że nikt go nie mógł znaleźć. Wtedy mama sięgnęła do szklanej półeczki po naszą szklaneczkę.

Spełniło się jej marzenie. Wreszcie trafiła na stół, kiedy trwało śniadanie. Nalano do niej gorącej kawy, a miłe ciepło rozeszło się po jej szklanym ciele. Przyjemnie - myślała szklaneczka. Na stole było dokładnie tak jak sobie wcześniej wyobrażała: wesoło i głośno. Nawet trochę niebezpiecznie. Bo co innego stać w zamkniętej półeczce, a co innego stać wśród wielu par ruchliwych rąk. Jednak bardzo się jej tu podobało. Była podekscytowana.


Nagle w dłoniach taty pojawił się nóż. Z bliska wyglądał jeszcze groźniej i ostrzej. Szklaneczka miała wrażenie, że szczerzy do niej swoje wszystkie stalowe zęby. Zaczęła cała drżeć. Trzęsła się tak mocno, że kropelki kawy spływały po jej bokach. Chciała uciec. Niestety, nie mogła poturlać się na ziemię, bo przecież była ze szkła. Potłukłaby się. Płakała, tak jak płaczą szklaneczki cichutko i bez łez. W środku jej szklanego ciałka wielka kula strachu rozsiadła się wygodnie. Szklaneczka czekała, aż wreszcie stanie się coś złego. Bała się.

- Mała, co ci jest?- usłyszała głos. Koło niej stała cukiernica. Była to bardzo wiekowa dama. Pamiętała jeszcze czasy, kiedy zamiast kubków używało się do picia zwykłych szklanek w śmiesznych ubrankach. Pamiętała nawet czasy, kiedy babcia chłopców sama mieliła kawę w ręcznym młynku, a nie w elektrycznym ekspresie do kawy.

- Co ci jest mała? - powtórzyła pytanie rzeźbiona cukiernica.

- Nic. - odpowiedziała cichutko szklaneczka. Nie rozmawiała jeszcze z nikim oprócz swoich sióstr.

- Widzę, że coś cię gnębi, powiedz, a nie drżyj tak strasznie, bo rozlewasz kawę.  - dobrodusznie zauważyła cukiernica.

- Boję się. - wyjąkała szklaneczka.

- Boisz się mnie? - zdziwiła się cukiernica, bo zawsze uważała siebie za wyjątkowo uprzejmą.

- Boję się noża.  - wydusiła szklaneczka.

- Ach, rozumiem. - kiwnęła głową cukiernica. - Pan Nożyk rzeczywiście wygląda imponująco. Czy przez nieuwagę coś ci zrobił, potrącił cię lub skaleczył?

-  Nie, boję się go, bo wygląda groźnie. - powiedziała szklaneczka. - Słyszałam o nim różne rzeczy… -dodała niepewnie.

- Moje droga szklaneczko, musisz go zatem poznać. Panie Nożyku, proszę tutaj! – zawołała cukiernica, a do szklaneczki rzekła: Będę z tobą cały czas. Zaufaj mi. Szklaneczka drżała coraz mocniej.

- Witaj moja droga cukiernico. - powiedział nóż, kiedy już znalazł się koło nich. - A kim jest ta urocza szklaneczka? Witaj wśród nas!  - zawołał i uśmiechnął się do szklaneczki, a może to uśmiechnięta buzia jednego z chłopców odbiła się w stali?
- Dzień dobry. - powiedziała śmiało szklaneczka i zrozumiała, że już się nie boi. Spełniło się jej największe marzenie, uczestniczyła w śniadaniu, a nóż okazał się przemiły. Odtąd codziennie wyciągano szklaneczkę z szafki, a ona każdego dnia z wielką radością  stała koło cukiernicy i noża. Czuła się szczęśliwa i bezpieczna wśród nowych przyjaciół.