Wiercipiętek postanowił zrobić prezent wszystkim domownikom z okazji zbliżających się walentynek. Usiadł sobie w
kąciku błękitnego pokoju i zapatrzył się na pingwina ( o pingwinie,przeczytasz w pierwszej części). Niestety, nic nie
przychodziło mu do główki. Wszystkie pomysły, jak na złość, omijały ją szerokim
łukiem.
Nagle poczuł
smakowity zapach, który wydostawał się zza kuchennych drzwi. Mamusia i tatuś
coś piekli, słychać było śmiechy i chichy, odgłos przestawianych garnków i pogwizdywanie
taty. Wiercipiętek uśmiechnął się do pingwina, wstał i pobiegł do Hani, która z
zapałem wycinała serduszka przy swoim biurku.
- Zrobię
najlepsze walentynkowe ciasteczka. - rzekł dumnie i spojrzał na Hanię, a jego
wzrok mówił: Mam plan!
- Ty umiesz czytać,
a ja umiem zrobić to, co przeczytasz - dodał szybciutko. Julek był chłopcem
bardzo bystrym i posiadał też pewien talent. Umiał zapamiętać tekst, który usłyszał raz lub
dwa razy. Potem recytował go z pamięci bez żadnej pomyłki. Hania nie zdążyła odpowiedzieć, bo zawołał- To
jest tajemnica, pamiętaj!
I już go nie
było. Hania pokręciła głową i wróciła do wycinania serduszek. Pewnie za chwilę
zapomni o ciasteczkach - pomyślała. Jednak zanim dokończyła wycinać jeden brzeg
papierowego cuda, Wiercipiętek wrócił, trzymając pod pachą książkę kucharską.
Otworzył na stronie,
na której znajdował się przepis.
- Czytaj! -powiedział
do Hani
- Mówi się: Proszę,
kochana Haniu. - odpowiedziała siostra, trochę zła, że jej przeszkadza.
- Proszę,
kochana Haniu… czytaj! – powtórzył Wiercipiętek
i Hania wiedziała, że nie skończy wycinania, dopóki ten mały urwis, będzie siedział
tuż obok.
- Prze piiii
s na ciaaa s,cias ciasteeecz ka ciasteczka, czekoooo la do czekoladoooowe – przeczytała
Hania.
A oto przepis,
który możecie śmiało wykorzystać w walentynki:
Wiercipiętek
także poznał cały przepis, a jego głowa wypełniła się czekoladowymi
ciasteczkami. Nie mógł się doczekać walentynek.
Wreszcie
nadszedł wyczekiwany dzień. Wiercipiętek został sam w kuchni. Wyciągnął
wszystkie potrzebne składniki: dwa jajka, kakao, mąkę i dokładnie wydrążył w
kostce masła dwie łyżki. Trochę zastanawiał się nad cukrem pudrem, a potem
wsypał szklankę cukru i 3 łyżki sypkiego pudru mamy do miski, bo tyle było w
puderniczce. Zamienił łyżeczkę proszku do pieczenia na całe opakowanie, aby
ciasto na pewno się upiekło. Wreszcie szczyptę soli zastąpił klejem brokatowym.
Po co sól do słodkich ciastek? Pomyślał Wiercipiętek, a klej, owszem, może się
przydać, gdyby ciasto nie chciało się skleić. Na pewno klej z brokatem doda pięknego
blasku ciastkom! Ciach! Wrzucił wszystko do miski, dokładnie zamieszał.
Rzeczywiście
klej spełnił swe zadanie, bo ciasto było błyszczące i zbite. Na
koniec plastikowym nożem podzielił je na 4 części, z każdej uformował serduszko.
Zawołał
mamę, tatę i Hanię, żeby pomogli mu nagrzać piekarnik i włożyć ciasteczka do
pieca.
-Juleczku,
sam je zrobiłeś?- dopytywała się zachwycona mama.
- Zuch chłopak - chwalił tata.
- Brawo! -
dodała Hania, bo miała ochotę schrupać jedno pyszne Wiercipiętkowe ciasteczko. A
sam Wiercipiętek pękał z dumy. Mamusia włączyła piec, włożyła blachę z
ciastkami, nastawiła zegar.
Po 15
minutach po kuchni rozszedł się zapach… rodzice spojrzeli na siebie.
- Juleczku?
- zapytała mama - Co dodałeś do tego wyśmienitego ciasta?
Wiercipiętek
chętnie podał wszystkie składniki... Kiedy wspomniał o kleju brokatowym, stała
się dziwna rzecz, mama, tata i Hania rzucili się do pieca. Otworzyli drzwiczki,
a w środku czekało na nich wielkie, błyszczące, kapiące, ciastowate COŚ. Coś wypełniało
szczelnie prawie całą półkę pieca i ciągle rosło. Tatuś szybko zamknął piec i
powiedział:


