Tego dnia Wiercipiętek poczuł się bardzo głodny. Jestem głodny jak wilk - powiedział głośno do siebie i tak, żeby Hania usłyszała. Jednak jego siostra była zajęta. Wycinała właśnie papierowe ludziki do swojego teatrzyku i nie zawracała sobie głowy Wiercipiętkowymi pomysłami. Zresztą bajka o Czerwonym Kapturku była jej ulubioną, więc nie bała się żadnego wilka. Jestem głodny jak… smok - powtórzył Wiercipiętek i szybciutko pobiegł do kuchni. Jego plan był prosty. Jeżeli smok wawelski potrafił wypić całą Wisłę, to dlaczego on, Wiercipiętek, nie może zjeść całej paczki albo dwóch paczek krakersów? Widział przecież tatę, który chował pyszne chrupiące krakersiki do szafki. Potrzebny był plan, aby dostać się do niej.
- Juleczku, jesteś głodny?
Ach, mama to prawdziwa czarodziejka, tak szybko odgadła
myśli Wiercipiętka.
Tak - odpowiedział Wiercipiętek. Czekał, aż mamusia powie: Oczywiście,
możesz zjeść te dwie paczki krakersów, które leżą w szafce. Jednak mama nie do
końca umiała czytać w myślach, więc powiedziała:
- Weź sobie jabłuszko lub banana. Możesz wybrać ten owoc, na
który masz ochotę.
- Nie, aż tak głodny nie jestem – odpowiedział Wiercipiętek
i wspiął się na parapet. Za oknem stadko wróbli ćwierkało i kłóciło się o
okruszki. Mamusia wyszła z kuchni. Wiercipiętek został sam. W brzuszku zaczęło
mu solidnie burczeć. Burczało i burczało, aż Wiercipiętek postanowił coś z tym
burczeniem zrobić.
Plan Wiercipiętka był następujący: wymyślić maszynę
podnoszącą krakersy, podjechać nią pod szafkę, nastawić start, wziąć krakersy wielką mechaniczną
łychą, opuścić łychę w dół, zjeść krakersy. Po głębszym zastanowieniu plan
został w niewielkim stopniu zmieniony: zdobyć krzesło i poduszki.
Hania właśnie ustawiała swój teatrzyk. Postawiła dwa krzesła
obok siebie, równiutko nakryła je kocem. Dla publiczności ułożyła wygodne
poduszkowe siedzenia. Odeszła parę kroków, aby podziwiać swoje dzieło, kiedy
usłyszała głos tatusia.
- Haniu, potrzebuję twojej pomocy! Hania wybiegła z pokoju. Wiercipiętek właśnie na to czekał. Przytargał dwa krzesełka do kuchni, postawił
jedno na drugim. Każde poduszkowe siedzenie Hani zamienił w poduszkowe szalupy
ratownicze, które rozłożył wokół piramidy z krzeseł. Wszystko było gotowe do
zdobycia krakersów.
Kiedy Wiercipiętek wspiął
się, zobaczył w szafce jedno opakowanie krakersów. Trochę się zmartwił, bo jego
burczenie było burczeniem na dwa opakowania . Po chwili uśmiechnął się, bo zauważył
głębiej w rogu szafki paczkę rodzynek . Nachylił się, wyciągnął rękę i złapał
woreczek, ale w tej samej sekundzie zachwiał się, pod jego stopami zachwiały
się krzesła i… bęc upadł na poduszki.
Z pokoju obok rozległ się krzyk: Gdzie jest mój teatrzyk? To
krzyczała Hania, która, kiedy wróciła, zobaczyła tylko koc, leżący na podłodze.
Wiercipiętek
właśnie próbował schować się pod stołem, gdy do kuchni wpadli : mama, tata,
Hania i jej papierowe ludziki.
- To nie ja - powiedział tak na wszelki wypadek Wiercipiętek,
próbując otworzyć paczkę z krakersami.
Jak skończy się ta historia? Wkrótce się dowiecie i
zakończenie sobie wybierzecie.
Wcześniejsze przygody Wiercipiętka znajdziecie tutaj:
http://paulabajkarnia.blogspot.com/2013/06/wiercipietka-owi-ryby-na-niby.html
http://paulabajkarnia.blogspot.com/2013/09/przygody-wiercipietka-bajka-o-maym.html

