15 stycznia 2014

Wiercipiętek łowca krakersów i rodzynek cz.III


Tego dnia Wiercipiętek poczuł się bardzo głodny. Jestem głodny jak wilk - powiedział głośno do siebie i tak, żeby Hania usłyszała. Jednak jego siostra była zajęta. Wycinała właśnie papierowe ludziki do swojego teatrzyku i nie zawracała sobie głowy Wiercipiętkowymi pomysłami. Zresztą bajka o Czerwonym Kapturku była jej ulubioną, więc nie bała się żadnego wilka. Jestem głodny jak… smok - powtórzył Wiercipiętek i szybciutko pobiegł do kuchni. Jego plan był prosty. Jeżeli smok wawelski potrafił wypić całą Wisłę, to dlaczego on, Wiercipiętek, nie może zjeść całej paczki albo dwóch paczek krakersów? Widział przecież tatę, który chował pyszne chrupiące krakersiki do szafki. Potrzebny był plan, aby dostać się do niej. 

Złowię je, jak prawdziwy łowca, pomyślał Wiercipiętek i już szykował się do skoku. Być może oddałby najwyższy skok w dziejach świata, skok na miarę czteroletniego mistrza skoków, ale do kuchni weszła mama. Spojrzała na Wiercipiętka i powiedziała:

- Juleczku, jesteś głodny?

Ach, mama to prawdziwa czarodziejka, tak szybko odgadła myśli Wiercipiętka.

Tak - odpowiedział Wiercipiętek. Czekał, aż mamusia powie: Oczywiście, możesz zjeść te dwie paczki krakersów, które leżą w szafce. Jednak mama nie do końca umiała czytać w myślach, więc powiedziała:

- Weź sobie jabłuszko lub banana. Możesz wybrać ten owoc, na który masz ochotę.

- Nie, aż tak głodny nie jestem – odpowiedział Wiercipiętek i wspiął się na parapet. Za oknem stadko wróbli ćwierkało i kłóciło się o okruszki. Mamusia wyszła z kuchni. Wiercipiętek został sam. W brzuszku zaczęło mu solidnie burczeć. Burczało i burczało, aż Wiercipiętek postanowił coś z tym burczeniem zrobić.

Plan Wiercipiętka był następujący: wymyślić maszynę podnoszącą krakersy, podjechać nią pod szafkę, nastawić start, wziąć krakersy wielką mechaniczną łychą, opuścić łychę w dół, zjeść krakersy. Po głębszym zastanowieniu plan został w niewielkim stopniu zmieniony: zdobyć krzesło i poduszki.
Hania właśnie ustawiała swój teatrzyk. Postawiła dwa krzesła obok siebie, równiutko nakryła je kocem. Dla publiczności ułożyła wygodne poduszkowe siedzenia. Odeszła parę kroków, aby podziwiać swoje dzieło, kiedy usłyszała głos tatusia.

- Haniu, potrzebuję twojej pomocy! Hania wybiegła z pokoju. Wiercipiętek właśnie na to czekał. Przytargał dwa krzesełka do kuchni, postawił jedno na drugim. Każde poduszkowe siedzenie Hani zamienił w poduszkowe szalupy ratownicze, które rozłożył wokół piramidy z krzeseł. Wszystko było gotowe do zdobycia krakersów.

Kiedy Wiercipiętek  wspiął się, zobaczył w szafce jedno opakowanie krakersów. Trochę się zmartwił, bo jego burczenie było burczeniem na dwa opakowania . Po chwili uśmiechnął się, bo zauważył głębiej w rogu szafki paczkę rodzynek . Nachylił się, wyciągnął rękę i złapał woreczek, ale w tej samej sekundzie zachwiał się, pod jego stopami zachwiały się krzesła i… bęc upadł na poduszki.

Z pokoju obok rozległ się krzyk: Gdzie jest mój teatrzyk? To krzyczała Hania, która, kiedy wróciła, zobaczyła tylko koc, leżący na podłodze. 
Wiercipiętek właśnie próbował schować się pod stołem, gdy do kuchni wpadli : mama, tata, Hania i jej papierowe ludziki.

- To nie ja - powiedział tak na wszelki wypadek Wiercipiętek, próbując otworzyć paczkę z krakersami.


Jak skończy się ta historia? Wkrótce się dowiecie i zakończenie sobie wybierzecie.

Wcześniejsze przygody Wiercipiętka znajdziecie tutaj:
http://paulabajkarnia.blogspot.com/2013/06/wiercipietka-owi-ryby-na-niby.html
http://paulabajkarnia.blogspot.com/2013/09/przygody-wiercipietka-bajka-o-maym.html