Miasteczko Motorowe, o którym wam opowiem, słynęło w całym zabawkowym świecie z wielu powodów. Wybudowali go dwaj przesłodcy braciszkowie, zuchy o sprawnych palcach i głowach pełnych pomysłów. Mieli ich tak wiele, oczywiście pomysłów, a nie palców, że rodzice czasami zastanawiali się, czy to możliwe, żeby malutkie główki dzieci mieściły ich w sobie tysiące. Wiecie, podejrzewam, że szufladki wewnątrz głów musiały mieć dodatkowe schowki, tak, że te tysiące informacji leżało w równiutkich rządkach, według kolorów i ważności. Bo jak inaczej to wytłumaczyć? Dość na tym, że Miasteczko Motorowe przyciągało wszystkie zabawki z pokoju.
Wieczorami, kiedy dzieci i rodzice smacznie spali i pewnie śnili o lodach czekoladowych, budziło się do życia. Nie, nie dosłownie miasteczko, ale zabawki, które baraszkowały w nim do samego świtu. Miniaturowe zwierzątka z jajek niespodzianek tłoczyły się na zamkowym placyku. Drewniana, trójkolorowa Ciufcia przemykała plastikowymi torami. Misiaki Bliźniaki w biało-niebieskich koszulkach z serduszkami na środku wesoło podskakiwały na karuzeli. Jedynie pluszowy piesek siadał samotnie w kąciku drewnianego garażu. Był zbyt duży, aby dołączyć do swoich towarzyszy. Wyobraźcie sobie, jaki musiał być przygnębiony. Nie martwicie się jednak na zapas, w ciągu dnia przytulano go tak często, że te chwile samotności, nie były dla niego czymś przerażającym.
Bohaterem miasteczka był Roman, żółty bolid z niebieskim dinozaurem na masce i z lekko wgiętym zderzakiem, zielonymi felgami i fantastycznym spoilerem. Diplodok Romana, leżąc wygodnie na masce samochodu, szczerzył wesoło zęby do wszystkich. Typ ten był bardzo ujmujący, choć nie wiem, jakby to dziwnie zabrzmiało. Czasami kolor jego skóry stawał się zielonkawy, a wtedy wesoło machał ogonem. Czy to nie dziwne?
Pewnego wieczoru zabawki bawiły się w najlepsze, kiedy usłyszały ryk silnika Romana. Samochodzik jeździł jak oszalały uliczkami Motorowego Miasteczka. Pół biedy gdyby tylko szybko jeździł. On potrącał wszystko, co napotkał na swojej drodze. Plastikowe klocki fruwały w powietrzu, po drewnianych labiryntach nie było śladu, a tor Ciufci nie nadawał się do niczego. Miniaturowa małpka straciła nawet ulubioną huśtawkę, a Misiaki Bliźniaki swoją dwuosobową karuzelę.
- Gdzie jest Dip? – darł się wniebogłosy Roman, kręcąc się w kółko na swoich plastikowych kołach. Nikt tego nie wiedział. Maska Romana świeciła pustką, i nieco ciemniejszą plamą, w miejscu, gdzie naklejony był diplodok. Prawdziwa zagadka. Roman zmęczony szaleńczą jazdą, stanął przy najwyższej wieży Motorowego Miasteczka, na której zwykle siadał plastikowy ludzik Roll. Teraz Roll stał tuż obok bolida razem z innymi zabawkami. Cisza nie trwała jednak długo, bo nagle zza dużego pluszowego pieska odezwał się cieniutki głosik.
- Ja wiem, co się stało... – głos raptownie umilkł, a wszystkie plastikowe głowy, paszcze i maski samochodowe zwróciły się w jego stronę. Właścicielem tego głosiku był malusieńki plastikowy miś Mikołaj z tyciutkim niebieskim workiem na plecach, w czerwono-białej czapce na maluteńkim łebku. Ów miś był zawsze tam, gdzie coś się działo, więc i teraz miał informację dla Romana.
- Mów!- rozkazał bolid
- Wczoraj rano Bobo(tak nazywano młodszego z braci),rozlał sok na Romana…
- Tak, tak było- przytakiwały zabawki.
- Kiedy wycierano Romana, dinozaur przylepił się do chusteczki, a potem spadł na dywan…
- Szukajmy! – zawołał Roll
- Nie, tutaj Dipa nie ma – westchnął Mikołaj – Niestety, przykleił się do skarpetki Starszaka i zniknął.
- O nie!- zawołały Bliźniaki- Przecież Starszak poszedł do przedszkola, ale wrócił bez…
Cisza, która zaległa, nie wróżyła niczego dobrego. Roman odwrócił się i wolno wtoczył do garażu. Przez całą noc już stamtąd nie wyjechał. To smutne, powiecie, my lubimy szczęśliwe zakończenia. Wiecie, ja również i dlatego, mam dla was takie zakończenie tej przygody.
Rano, kiedy braciszkowie wstali, Starszak wyciągnął ze swojego czerwonego plecaczka dinozaura, posmarował go klejem i przykleił ponownie na maskę Romana. Bolid był szczęśliwy.
Kiedy dinozaur szczęśliwe wylądował na masce Romana, wszystkie zabawki nie mogły się doczekać jego opowieści o zagadkowym pobycie w przedszkolu. Po cichutku każdy z nich chciał przeżyć podobną przygodę, ale nikt nie był na tyle odważny, aby samemu wskoczyć do plecaka Starszaka i zdać się na niewiadome. Z tą odwagą do spełniania marzeń różnie bywa, moi mili przyjaciele.Wreszcie nadszedł późny wieczór. Braciszkowie szybko zasnęli, bo w ciągu dnia robili mnóstwo interesujących rzeczy: biegali alejkami parku, napychali kamuszkami swoje kieszenie (nie ma co ukrywać, pełne dziur od noszenia nie wiadomo ilu przydatnych rzeczy, choćby takich kamyczków), gonili gołębie, obserwowali psy, i omal nie wpadli do fontanny .To był naprawdę wyjątkowy dzień.
Zabawki, kiedy tylko usłyszały miarowy oddech chłopaczków, wybiegły ze swoich kryjówek, szukając bolida. Roman zaparkował właśnie przy torach i cichutko warczał motorem. Jego niebieski dinozaur uśmiechał się przyjaźnie.
- Opowiadaj! -zawołał Roll
- Tak, opowiadaj! -zawołały chórem pozostałe zabawki.
Dip nie dał się długo prosić ciekawskim i zaczął swoją opowieść od tego, że…
Właśnie usłyszałem ogromny hałas. Gigantyczny. Nawet Lokomotywa Na Baterie Od Dziadków takiego nie wydaje. Siedziałem cichutko w bucie i czekałem, co będzie dalej. Starszak zdjął kalosze, ale mnie nie zauważył i upadłem na dno szafki. Szast prast i już go nie było , a ja leżałem tam do samego wieczora. Kiedy wszystko ucichło postanowiłem zwiedzić miejsce, w którym się znalazłem.
Było to przedszkole. Ściany są tam tak kolorowe, aż kręci się w głowie, w pokoju jest tak dużo zabawek, że nasze Motorowe Miasteczko, to samotna wyspa. Postanowiłem przywitać się z sympatycznymi Kotami Puzzlowymi, ale na mój widok rozsypały się ze strachu. Obok nich znajdowała się baza dla helikopterów, ale niestety maszyny w pośpiechu odleciały. Ruszyłem w kierunku szafki z maskotkami, a tam zaczęli krzyczeć i równiutko spadać na dywanik. Zniknęły wszystkie w parę minut.
To ja pytam siebie, dlaczego? Jestem przecież sympatycznym, łagodnym dinozaurem. Niestety, nikt mnie nie znał, więc wszyscy się mnie bali. Moje zęby i ogon budziły strach. Siedziałem samiuteńki w teatrzyku kukiełek, kiedy podszedł do mnie pajacyk. Biedaczek nie miał włosów i rączki, jakiś urwis mu ją wyrwał. I on jeden zaczął ze mną rozmowę. Po chwili inne zabawki zobaczyły, że jestem bardzo uprzejmym i dobrze wychowanym dinozaurem, więc także podeszły.
Od tej chwili bawiliśmy się wyśmienicie. Ale wiecie co? Cieszę się, że Starszak na drugi dzień zauważył mnie na dnie szafki, bo dzięki temu znów jestem z wami, moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Kiedy skończył swoją opowieść, wszyscy chcieli go uściskać.
Najważniejsze jest to, aby mieć kogoś, kto nas kocha, nawet jeśli mamy ostre zęby lub straszny ogon.

