Chodźmy. Powiedział Starszak, wziął swój czerwony plecak i skierował się w stronę ścieżki. Po paru minutach dróżka zniknęła i musieli przedzierać się prze gęstwinę roślin i lian. Starszak szybko się zmęczył i pan Leon zaprosił go na swój grzbiet. Nagle usłyszeli głos. Nie jestem zebrą, nie jestem zebrą! Krzyczało coś z oddali. Lew przyspieszył kroku i niebawem znaleźli się na kwitnącej polanie. Polana w środku dżungli, już słyszę wasze głosy. Niemożliwe? Tak, w realnym świecie nie, ale w bajkach wszystko jest możliwe, zapytajcie moich czarodziejskich fasolek. Słyszę jak się kłócą. Uwierzcie, nie mam z nimi łatwego życia. Wracajmy do naszej opowieści.
Na polance pasła się zebra. Z daleka wydawała się zwykłą
zebrą, z bliska była zebrą z rozczochraną, pozlepianą i poskręcaną grzywą. Nie
miała zbyt szczęśliwej miny, oczywiście zebra, a nie grzywa. Kiedy lew i
Starszak podeszli, nie zwróciła na nich najmniejszej uwagi i dalej skubała z
powagą trawę.
- Cześć – powiedzieli
niezrażeni jej obojętnością.
- Nie jestem tym, za kogo mnie bierzecie – niespodziewanie odparła zebra i wydęła
wargi. Pan Leon i Starszak popatrzyli na siebie, a potem lew spytał.
- A to ci zagadka. Wobec
tego, kim jesteś, zebro?
- Właśnie! Oto mi chodzi! – wrzasnęła zebra, potrząsając
grzywą, aż ta opadła jej na oczy i pozostała tam przez dobrą chwilę, pomimo
usilnych starań właścicielki, aby wróciła na miejsce. Jednak ani dmuchanie, ani
podważanie językiem, ani nawet mruganie nic nie pomagało. Rozczochrana grzywa
nie drgnęła nawet o milimetr. Wreszcie zebra się poddała.
– Nie jestem zebrą,
jestem koniem - wysapała z rezygnacją.
I wtedy Starszak zobaczył, że jej sierść z bliska, jest tak
dziwnie pozlepiana, że tworzy deseń, deseń z ciemnych i jasnych pasów. Jednak
nie był to naturalny kolor zwierzęcia,
lecz wynik braku higieny.
- Rzeczywiście, nie jesteś zwyczajną zebrą – zgodził się
Starszak.
- Nie jestem także zebrą niezwyczajną – powiedziała z
wyższością zebra, a właściwie koń Konrad.
Niespodziewanie fiknął tylnymi nogami, aż grzywa odskoczyła
do tyłu. – Mam drobne problemy z sierścią.
- Drobne? – prychnął lew – Kolego, masz za to wielki problem
z grzywą. – i uśmiechnął się krzywo.
- Widziałeś moją mamę? – zapytał Starszak, żeby zmienić
temat i odwrócić uwagę Konrada od ponurych myśli. – Wysoka, ze skrzydłami.
- A tak widziałem –odparł oschle koń i zanurzył pysk w
trawie. – Niezły z niej lotnik .
Starszak spojrzał na grzywę Konrada i nagle coś sobie
przypomniał. Sięgnął do swojego plecaka i wyciągnął z niego znajomą rzecz, całkiem
sporych rozmiarów, w sam raz dla konia. Kiedy przyjrzał się bliżej
grzebieniowi, zobaczył malutki napis na rączce: magiczny. Ciekawe. Pomyślał, a
głośno zwrócił się do konia.
- To ci pomoże. Twoja sierść i grzywa będą pięknie lśniły.
Staniesz się tym, kim jesteś w rzeczywistości. Konrad uśmiechnął się niepewnie,
ale bez słowa sprzeciwu pozwolił Starszakowi zbliżyć się do siebie z grzebieniem. I nagle grzebyk wysunął się z
ręki chłopca i sam zaczął czesać konia. Kiedy wszystko zostało uporządkowane na
głowie i grzbiecie Konrada, magiczny przedmiot upadł na trawę. Acha, tak to
działa. Pomyślał Starszak.
- Dziękuję za pomoc – odezwał się uprzejmie koń. – Szukasz
swojej mamy, prawda? Pomogę ci chętnie. Moja pewność siebie i upór na pewno ci
się przydadzą.
- To jest nas już trzech – powiedział pan Leon i mrugną do
Starszaka, który zastanawiał się nad czymś. - Idziemy?
- Następny przystanek: morze, tam poleciała twoja mama! – odkrzyknął
Konrad, który już galopował w stronę gęstwiny, a jego przepięknie lśniąca
grzywa falowała na wietrze. cdn

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz